o kontaktfitnessielekturysłowniczekprzewodnik po rekolekcjachświadectwa o rekolekcjachpodstawowe informacje o rekolekcjachkontaktFitness Duchowy - Jak gimnastykować duszę?Poleć znajomymnDodaj do ulubionych
Znani i lubiani o spotkaniu z Bogiem:
››

Lektury


Modlitwa z temperamentem

Włodzimierz Zatorski OSB, Marian Zawada OCD, Jan Kulik OP, Jaroslaw Kuffel SJ


W sporcie jest tak, że jedni lepiej czują się na długi dystans, inni są mistrzami na krótki. Dla jednych dobry jest spacer, inni wolą jogging. Podobnie jest z formami, w jakie możemy ubrać swoje życie duchowe. Zebrana przez nas oferta rekolekcji pokazuje, jak dobrze Kościół to rozumie. Nie każdy musi dobrze czuć się w milczeniu (przynajmniej nie na początku swojej drogi duchowej), nie każdy musi chcieć modlić się w grupie. Ćwiczenia duchowe przyniosą nam tym więcej pożytku i radości, im trafniej wybierzemy te dla siebie najlepsze – to znaczy zgodne z naszym temperamentem i duchową kondycją.
Oto teksty objaśniające na czym polegają, skąd się wzięły, i z jakiej duchowości wyrastają różne formy modlitwy. Nazwy: kontemplacja, medytacja, lectio divina pojawiają się w ofercie różnych domów rekolekcyjnych. Objaśniamy, co znaczą. Teksty publikujemy za miesięcznikiem „W drodze” (2/2002), za uprzejmą zgodą Redakcji.
 
 
I. Modlitwa benedyktyńska: Nieustanne słuchanie Boga
Autor: Włodzimierz Zatorski OSB
Tylko w osobistym wyciszeniu można usłyszeć delikatny głos Boga. Słuchanie Boga w każdej chwili i posłuszeństwo Jego głosowi czyni nas bliskimi Jezusowi.
Słuchaj, synu, nauk mistrza
i nakłoń ku nim ucho swego serca

(RB Prolog 1).
Słuchanie stanowi dla św. Benedykta swego rodzaju metodę odnajdywania siebie przed Bogiem, a przez to sensu i mądrości życiowej. Skupienie podczas słuchania jest podstawą modlitwy.

Szkoła słuchania

Kogo lub czego słuchać? Zazwyczaj słyszymy wiele mądrych nauk, między innymi o modlitwie, często nawet sprzecznych z sobą. Której słuchać? Kto jest prawdziwym mistrzem? Gdzie go znaleźć? O jakie słuchanie chodzi?
W odpowiedzi na te pytania zawiera się cała mądrość. Kogo słuchać? Św. Benedykt pisze w Prologu do swojej Reguły: „Powstańmy więc, skoro Pismo Święte zachęca nas słowami...” (RB Prolog 8). Pierwszym, być może najważniejszym, odkryciem jest odnalezienie mistrza i źródła mądrości. W chaosie współczesnego świata, ciągle zmieniających się mód i reklamy rozmaitych propozycji nie jest to łatwe. Tym bardziej wiarygodne staje się stare, mające za sobą tysiące lat tradycji, źródło, którym jest słowo Boże.
Kiedy je odkryjemy, musimy je poważnie potraktować jako źródło prawdziwej mądrości. Pismo Święte jest słowem, które wyrosło ze słuchania Boga. Przez wieki ludzie na różny sposób doświadczali Jego obecności w życiu, dając o tym świadectwo. Biblia gromadzi te świadectwa i co wydaje się przedziwne, mimo ogromnej przestrzeni czasowej, podczas której powstały, do dzisiaj odkrywamy ich wewnętrzną harmonię i zgodność. Pokolenie pokoleniu przekazuje tę mądrość i każde potrafiło się w niej odnaleźć. To samo dotyczy i nas.
Co to znaczy potraktować poważnie Pismo Święte w odniesieniu do swojego życia? Przede wszystkim należy je czytać w duchu, w którym ono powstało, czyli w duchu słuchania Boga. Tutaj odnajdujemy aktualność wezwania św. Benedykta. Jeżeli potraktujemy słowo Boże jak każdy inny tekst, jak propozycję, którą możemy przyjąć lub nie, a zawsze powinniśmy krytycznie rozważyć i zestawić z innymi opiniami, to nie usłyszymy prawdziwie słowa skierowanego do nas przez Boga. Tutaj odnajdujemy ogromną wartość pierwszych słów św. Benedykta z Reguły: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho swego serca”. Stajemy bowiem przed mądrością, która nas przerasta, przed głębią, z której nawet sobie nie zdajemy sprawy. Wobec tego słowa potrzebne jest prawdziwe, poważne skupienie się na słuchaniu, aby dopuścić subtelny głos Boga do swego serca. Na tym polega sens lectio divina, czyli Bożego czytania. Ono jest podstawą duchowego życia mnicha, tak jak było podstawą życia pierwotnego Kościoła. Staje się szkołą dialogu z Bogiem, który każdy z nas prowadzi w swoim życiu.
Drugim źródłem poznania i zbliżenia się do Boga jest liturgia. II Sobór Watykański pisze na ten temat wyraźnie:
Liturgia jednak jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc (KL 10).
Tutaj, podobnie jak w przypadku Pisma Świętego, słowo „słuchaj” jest kluczem. W liturgii nie chodzi o wyrażenie własnych przeżyć, aktualnych doznań i pragnień, choćby najlepszych. Nastawienie na własne przeżycia powoduje, że ludzie zaczynają się nudzić podczas stale powtarzających się rytów. Liturgia jest odwiecznym misterium modlitwy, w którą się dzisiaj włączamy. Stajemy wobec czegoś, co nas przerasta, bo sięga samego Boga. Jesteśmy jedynie uczniami. Liturgia jest — jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego: „czynnością całego Chrystusa (Christus totus)” (KKK 1136), Chrystusa jako Głowy wraz z Jego Ciałem, czyli Kościołem zarówno zbawionych, jak i nas, pielgrzymujących na ziemi. Dla mnichów zawsze była szkołą odnajdywania własnej modlitwy, miejsca przed Bogiem. Mnisi, jak małe dzieci, uczyli się przez powtarzanie słów modlitw liturgicznych codziennie przez lata odkrywać Boga we własnym życiu i rozumieć Jego drogi. „Słuchanie”, „nakłanianie ucha swojego serca” wprowadzało ich w żywy kontakt z Bogiem. Oto jak pisze o opus Dei, czyli Liturgii godzin, św. Benedykt:
Wierzymy, że Bóg jest wszędzie obecny i że oczy Pana patrzą na dobrych i na złych na każdym miejscu (Prz 15,3). Przede wszystkim jednak powinniśmy być tego niewzruszenie pewni wówczas, gdy uczestniczymy w Służbie Bożej. Pamiętajmy zawsze, co mówi Prorok: „Służcie Panu z bojaźnią” (Ps 2,22), a również na innym miejscu: „Śpiewajcie mądrze” (Ps 46,8 Wlg) i „Będę śpiewał Ci psalm wobec aniołów” (Ps 138[137],1). Zastanówmy się zatem, jak należy zachowywać się w obliczu Boga i Jego aniołów, i tak śpiewajmy psalmy, aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta (RB 19).
Zasadniczą postawą podczas liturgii jest ogromny szacunek, który Pismo Święte nazywa bojaźnią Bożą. Wynika ona ze świadomości, przed Kim stoimy, i jednocześnie, w jakim gronie stajemy: „będę śpiewał Ci psalm wobec aniołów”. Nasza liturgia jest udziałem w liturgii niebieskiej trwającej nieprzerwanie od początku stworzenia do dzisiaj, liturgii, która jednocześnie nigdy nie przestanie rozbrzmiewać. Stanowi ona najgłębszą prawdę istnienia: hymn uwielbienia stworzenia wobec Stwórcy. Cokolwiek wyłamuje się z tego uwielbienia, starając budować siebie na własnej chwale, ostatecznie ponosi klęskę i ginie. Przez nasz udział w liturgii stajemy u źródeł misterium istnienia i życia, czerpiąc z niego prawdę o nas samych. Wszystko inne przemija, pozostaje jedynie nasze zakorzenienie w Bogu. Liturgia w tym kontekście jest szkołą odnajdywania siebie w najgłębszej prawdzie. Udział w niej jest nam dany, nie my go tworzymy. Nasz wysiłek jest o tyle ważny, o ile stanowi świadectwo prawdziwego zaangażowania i pragnienia szukania tylko Boga.
Postawa słuchania odnosi się także do zwykłych codziennych czynności. Co robimy, gdy idziemy np. do pracy? O czym myślimy? Czego słuchamy? Co robimy w kolejce, czekając na autobus lub wykonując mechaniczne czynności, których mamy bardzo wiele na co dzień? Liturgia i lectio divina uczą nas postawy wsłuchiwania się w Boga, który nas we wszystkim obejmuje, także podczas prozaicznych zajęć: mycia naczyń, sprzątania, gotowania, naprawy kranu, spacerów... „Słuchanie” i „nakłanianie ucha swego serca” to wewnętrzne treści milczenia, podstawowej postawy mnicha. Tylko w osobistym wyciszeniu można usłyszeć delikatny głos Boga. Tylko w ten sposób stajemy się Jego dziećmi: „Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?” (Mt 12,48b) — pyta Pan Jezus, kiedy Mu oznajmiono, że Jego krewni chcą z Nim rozmawiać. I zaraz sam odpowiada na to pytanie: „Ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je” (Łk 8,21b). Słuchanie Boga w każdej chwili i posłuszeństwo Jego głosowi czyni nas bliskimi Jezusowi.

Modlitwa osobista

Zarówno Biblia przez lectio divina, jak i liturgia tak przeżywana oraz postawa milczenia–słuchania, pobudzają serca do bardzo osobistego spotkania z Bogiem. Modlitwa staje się wówczas żywą odpowiedzią na to, co słyszymy w Piśmie Świętym i podczas liturgii. Mnisi nie mają żadnej gotowej metody modlitwy. Modlitwa indywidualna nie jest czynnością mającą określoną metodę i procedurę. Jest czasem poświęconym Bogu tu i teraz przez skupienie się na słuchaniu tego, co On zechce nam przekazać, na zachwycie nad tym, co nam oznajmia, i na dziękczynieniu za ogrom dostrzeżonej łaski. Staje się ona oczywista, naturalna, tak jak oddychanie, chodzenie czy sen. Jest konsekwencją prawdziwego postawienia Boga w centrum własnego życia i słuchania Go jak Mistrza.
Święty Benedykt niewiele pisze o modlitwie indywidualnej. Warto zatem te teksty tutaj przytoczyć:
Jeśli ludziom możnym pragniemy przedstawić jakąś sprawę, ośmielamy się czynić to jedynie z najgłębszą pokorą i szacunkiem. Z o ileż większą pokorą i czystszym oddaniem musimy zanosić nasze prośby przed oblicze Boga, Pana wszechświata! A i to należy wiedzieć, że nie wielomówstwo, lecz tylko czystość serca i łzy skruchy zasługują w oczach Boga na wysłuchanie. Modlitwa powinna być krótka i czysta, chyba że natchnienie łaski Bożej skłoni nas do jej przedłużenia. Wspólna modlitwa niech będzie zawsze krótka, a na znak dany przez przełożonego wszyscy razem powstaną (RB 20).
Święty Benedykt podkreśla tę samą postawę bojaźni Bożej, szacunku i świadomości, przed Kim stajemy. Istotne pozostają dwie charakterystyczne cechy modlitwy: pokora i czystość serca. Święty Benedykt dwukrotnie wymienia te cechy. Podkreśla w ten sposób naukę Pana Jezusa na ten temat szczególnie z szóstego rozdziału Ewangelii według św. Mateusza. Przypomina się jednocześnie przypowieść Pana Jezusa o faryzeuszu i celniku w świątyni (Łk 18,9–14), która dobitnie ilustruje potrzebę pokory podczas modlitwy, bez której nie będzie ona wysłuchana.
Indywidualne spotkanie z Bogiem na modlitwie wypływa z dialogu z Nim w całym życiu. Jeżeli ignorujemy Go w naszych zwykłych pracach, trudach, troskach, jeżeli nie słuchamy Jego słów, które nam przekazał i nie uczymy się modlitwy od ludzi, którzy się modlili do Niego przed nami, to zachowujemy się tak, jakbyśmy szukali kogoś nieznajomego. Nasza troska zwraca się wówczas w kierunku metody modlitwy: jak odnaleźć kontakt z Tym, którego na co dzień nie znamy. Próżny to zazwyczaj wysiłek. Bóg zawsze przychodzi tak, jak sam chce, a nie tak, jak tego byśmy sobie życzyli lub oczekiwali. Postawa „słuchania”, „nakłaniania uszu swojego serca” wobec Niego jako Mistrza najlepiej nas przygotowuje na Jego przyjście do nas. On wskazuje nam sposób modlitwy, w której najważniejsze jest otwarcie na Jego obecność tu i teraz.
Święty Benedykt powraca do wątku osobistej modlitwy, jeszcze raz mówiąc o klasztornym oratorium, czyli o kaplicy:
Oratorium niech będzie tym, na co wskazuje jego nazwa. Nie należy tu czynić ani przechowywać nic takiego, co by nie miało związku z modlitwą. Po zakończeniu Służby Bożej niech wszyscy, okazując cześć Bogu, wyjdą w najgłębszym milczeniu tak, aby bratu, który właśnie chciałby prywatnie się pomodlić, nie przeszkodziła w tym czyjaś bezwzględność. A jeśli też kiedy indziej ktoś zechce modlić sięsamotności, niech wejdzie po prostu i niech się modli, nie na cały głos, lecz ze łzami i z głębi serca. Kto jednak o niczym podobnym nie zamyśla, nie powinien pozostawać po zakończeniu Służby Bożej w oratorium, aby jak powiedziano, nie przeszkadzać innym (RB 52).
Zauważmy, że modlitwa prywatna jest zwykle odpowiedzią czy to na liturgię, która właśnie się skończyła, czy na usłyszane słowo Boże, czy dostrzeżoną Jego obecność w wydarzeniach naszego życia. Bardzo ważna jest przy tym prostota bycia: „niech wejdzie po prostu i niech się modli”. Święty Benedykt nie mówi nic na temat sposobu modlitwy osobistej, mówi jedynie o właściwym usposobieniu podczas niej: „nie na cały głos, lecz ze łzami i z głębi serca”. Zbytnia troska o to, żeby „dobrze się modlić”, prowadzi często do chęci „dobrego zaprezentowania się Bogu”. Wówczas staramy się robić coś, co wydaje się nam właściwym sposobem modlitwy. Akcent przesuwa się z troski o prawdziwość bycia wobec Boga, na „jak się Bogu pokazać”. Bardzo trafnie benedyktyńską zasadę prostoty modlitwy ujął John Chapman OSB w formule: „Módl się tak, jak potrafisz, nie próbuj się modlić tak, jak nie potrafisz”. Na modlitwie osobistej najważniejsze nie jest to, co robimy, ale to, czy prawdziwie stajemy tu i teraz przed Bogiem. Jest ona jedną wielką walką o czas: tu i teraz przed Bogiem.
Wspomniane przez św. Benedykta łzy odnoszą się do dawnej tradycji mniszej, tak zwanej „modlitwy łez”. Łzy na modlitwie stają się świadectwem autentycznego dotknięcia łaski. Nie są one łzami użalania się nad sobą ani łzami rozpaczy, a tym bardziej złości czy pretensji. Są reakcją serca na miłość Bożą, która ogarnia nas mimo naszych grzechów i słabości. To łzy skruchy i wdzięczności, a z nią i radości wobec doznanej dobroci Boga. Wówczas w sercu dokonuje się prawdziwa przemiana i oczyszczenie. Łzy niejako obmywają naszą duszę. To chyba najlepiej świadczy o autentycznym spotkaniu z Bogiem, bo Bóg „nie pragnie śmierci grzesznika, lecz by się nawrócił i posiadał życie” (por. Ez 18,23; 33,11).
Szkoła słuchania jest dla każdego aktualna i ważna. Warto skorzystać z wiekowych doświadczeń tych, którzy szukanie Boga obrali sobie za zasadniczy cel własnego życia.
 
§        WŁODZIMIERZ ZATORSKI ur. 1953, benedyktyn, absolwent fizyki na UJ i teologii na PAT w Krakowie, dyrektor Wydawnictwa Benedyktynów Tyniec, mieszka w Tyńcu.
 
 
II. Modlitwa karmelitańska: ogrody rozmodlenia
Autor: Marian Zawada OCD
 
Modlitwa karmelitańska stała się prostą, gorącą odpowiedzią na szczególne odkrycie, że Bóg jest samotny, że ma niewielu przyjaciół. Była rozumiana jako rodzaj wewnętrznej duchowej gościnności.
 
Karmel oznacza po hebrajsku ogród, w którym wyrasta stary kontemplatywny nurt wywodzący się z zadziwienia ognistym rydwanem porywającym proroka Eliasza w niebo. Przechowywano ten skarb w grotach palestyńskiego masywu pośród synów prorockich. Modlitwa szybowała w niebo, ale i drążyła ziemię, pod uprawę, pod boski lemiesz, kształtujący historię.
Modlitwa ma imię człowieka. Każdy podąża swoją drogą. Modlitwa ma imię Boga. Dla każdego jest Drogą. Karmel najczęściej kojarzy się z wielkim modlitewnym nurtem — być może dlatego, że modlitwa jest oddechem życia chrześcijańskiego (bł. Elżbieta, Dzienniczek, 19.03.1899), być może dlatego, że przed modlącym otwiera się Jezus (bł. Elżbieta, Dzienniczek, 6.03.1899).

Kosztowanie mocy Boskich słów

Pierwotnie Karmel zafascynowany prorokiem Eliaszem (1–2 Krl) chciał przechować na ziemi tę niezwykłą gorliwość i pragnął dorównać ogniowi słów i miłości, która go pochłaniała. Słowa Eliasza: „Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana” (1 Krl 19,10) były niegasnącym żarem modlitwy, która odwoływała się do chwały. Żarliwość rozpalała serca i pozwalała wychodzić z samotności eremów na drogi człowieka, tak jak kiedyś Eliasza zmuszała, by zastąpił drogę Achabowi (1 Krl 17,1).
Modlitwa żywiona pslamodią i — jak mówiła Reguła pierwotna — „rozważaniem Prawa dzień i noc” była czuwaniem przy tajemnicy słów Pana, spijaniem ich sensów. W zaciszu doliny Wadi’ain es–Siah, prowadząc życie utkane z Bożych słów, smakowali w sercu potęgi Bożej obecności i słodyczy niebieskich chwał albo — jak określa to autor Listu do Hebrajczyków — kosztowali „wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku” (6,5). Modlitwa stała się czerpaniem. W jej centrum zamieszkiwało zadziwienie naturą obecności Boga zawarte w słowach spadkobiercy ducha Eliasza — Elizeusza: „Żyje Bóg, w którego obecności stoję” (2 Krl 3,14). Boski typ obecności, boskie „Jestem” z całą mocą wbijało się, ogarniało i porywało życie łacińskich eremitów z Karmelu. Było zapytywaniem i kosztowaniem własnej tajemnicy, ludzkiego „jestem” osadzonego w Boskiej prawdzie. Karmel podziela to wydobywające się z mroków historii pragnienie, by żyć boskim typem obecności, uczyć się boskiego „Jestem”. W jego promieniowaniu można zmierzać do kontemplacji, duchowego i pełnego miłości poznania natury rzeczy, do zjednoczenia z Bogiem, z Jego słowami, z Jego jedynym Słowem. Jest to ten jedyny typ wypowiedzenia, który Karmel przechowuje — wypowiedzenia siebie, tak jak Ojciec kiedyś wypowiedział Syna, rodząc Go. Modlitwa jest rodzeniem. Dla Karmelu jest ona także drogą milczenia, zasłuchania — ciszy miłującej i stęsknionej. Człowiek, rezygnując od początku z prób wypowiedzenia siebie na modlitwie, umieszcza się świadomie w ciszy, jak w wielkim eschatologicznym oczekiwaniu, by Słowo jeszcze mocniej mogło się objawić. Modlitwa jest czuwaniem u bram Słowa, aby Ono nadchodziło i się rodziło. Słowo będzie przyjęte, gdy będziemy czuwać u bram własnych słów, by nie rozpraszały tego, kim człowiek jest i co jest do wymodlenia.
To nadchodzące i rodzące się w człowieku Słowo jest jedynym uzasadnieniem milczenia i samotności wybranej przez eremitów. Modlitwa karmelitańskich eremów znaczona jest wiekowym syceniem się Słowem. Ci, którzy dostąpili tajemnicy milczenia, dostąpili pełni wieków.
Eremici byli bliscy Słowa, przy Nim napotykali Maryję. Bracia Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel bratali się ze Słowem razem ze swą Siostrą. Karmelitańskie czuwanie, przeżuwanie Boskich słów, wplatało się w oczekiwanie Maryi, było wspólnym czuwaniem, oczekiwaniem na narodziny Słowa. Serce synów Eliasza, zwłaszcza po przybyciu do Europy, chciało być jeszcze bardziej ziemią świętą dla Chrystusa, dalszym, duchowym ciągiem obecności na tej ziemi, po której przechadzał się Pan w porze delikatnego wiatru. Rozważanie i czuwanie przy Bożych słowach przerodziło się w gościnność dla jedynego Słowa.

Przyjaźń ofiarowana

Karmelitańska modlitwa pogłębiona została i związana z geniuszem św. Teresy z Avili. Swej modlitwy nie wywodzi ani z głębi pustyni, ani z wnętrza zatłoczonych miast, ale z miłującego serca. Stała się prostą, gorącą odpowiedzią na bardzo szczególne odkrycie, że Bóg jest samotny, że ma niewielu przyjaciół. Modlitwa była rozumiana jako rodzaj wewnętrznej, duchowej gościnności — polegała na towarzyszeniu Dostojnemu Gościowi. Gościnność przekształca się w przyjaźń. Teresa z całą siłą kobiecego przekonania wypowiada słowa o przyjaźni między Bogiem a człowiekiem: „Modlitwa wewnętrzna (...) jest (...) to poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie i po wiele razy powtarzana rozmowa z Tym, o którym wiem, że mnie miłuje” (Księga Życia 8,5). Modlitwa jest czasem przyjaźni wybieranej i potwierdzanej, czasem wzajemnym. Przemierza dziedziny więzi, dąży do uczynienia miejsca w sercu i całym życiu, w końcu staje się życiem jedynym, wspólnym, zaślubionym. Duchowa przyjaźń zasadza się na odpowiedniości, braterstwie, zbrataniu ducha z Bogiem. To nie tylko pasja poznania i wymiany w przestrzeni osób, ale i chęć widzenia wokół siebie podobnych. Modlitwa nie zacieśnia się do wydumanej i bronionej intymności. Staje się misją — pragnie innych obdarzyć odkrytym skarbem. Na dnie mistycznego serca nie trwa bierna biesiada, ale pasja, by Bóg był przez wszystkich miłowany. Takiej przyjaźni nie da się zatrzymać żadnym religijnym rozsądkiem.

Wpatrywanie się w Boga

Modlitwa Karmelu wyrasta z podziwu, ten zaś z zapatrzenia w duchowe piękno Boga. Teresa podaje bardzo prostą metodę: „Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz... (Droga doskonałości 26,1). Nie żądam od was o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia — żądam tylko, byście na Niego patrzyły” (Droga doskonałości 26,3). Wpatrując się w Boga, człowiek oczyszcza swój wewnętrzny, duchowy wzrok. Modlitwa kontemplacyjna wiąże się z przejściem przez trud oczyszczenia. Ono uczy zasadniczego widzenia rzeczy. W oczyszczeniu doznaje tej samej prawdy, o której wspomina Jan Paweł II w Novo millennio ineunte: „urzeczenie serca” (33). Owo „urzeczenie serca” sięga tajemnicy obecnego w człowieku Boga. Przywołajmy znów Teresę:
On blisko jest, usłyszy cię bez głosu, nie potrzeba ci skrzydeł, aby latać i szukać Go; wystarczy udać się na samotność i patrzeć, i oglądać Go obecnego we własnym wnętrzu, i nie oddalając się od Gościa tak drogiego... cieszyć się Nim (Droga doskonałości 28,2).
Modlitwa jest jak zdzieranie zasłon, welonu przypadkowości, pokonywanie barier zmysłów. W widzeniu natury rzeczy człowiek dociera do prawdy zawartej w rzeczach, w boskim świetle ocenia ich wartość. Modlitwa odsłania dramat niewystarczalności natury i jej skłonność do uwodzenia powierzchownym pięknem. Modlitwa toruje drogę do piękna ukrytego. Uczy człowieka, jak ma żyć ukryty dla Boga ukrytego, ogarnięty i zawładnięty Jego tajemnicą.
Kontemplacja może też rodzić się z wyczerpania. „Gdy nie możemy się już dłużej modlić, patrzmy na Niego”, radzi bł. Elżbieta w swoim liście (List 56). Wypatrywanie Boga z głębi niemocy wznoszenia, zza przytłoczenia codzienności. Wtedy sam wzrok umęczony jest modlitwą.

Miłosna uwaga

Powoli człowiek przyzwyczaja się do przebywania w towarzystwie Boga. Rozumie, że nosi w sobie coś na kształt małego nieba, gdzie Bóg założył swoje mieszkanie. Wtedy powstaje coś w rodzaju Bożej atmosfery — jak to nazywa bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej — którą dusza oddycha (List 249). W niej rodzi się głębia spojrzenia przenikliwego. Perłą karmelitańskiej modlitwy jest miłosna uwaga (hiszp. notizia amorosa), jak nazywa ją św. Jan od Krzyża: „Dusza powinna tylko z miłością patrzeć na Boga... trwać niewzruszenie z miłosną uwagą prostą i szczerą, jak ten, który otwiera z myślą o miłości”. Otwieranie oczu z myślą o miłości pozwala ją dostrzegać i nieugięcie być wiernym dobru. W miłosnej uwadze objawia się to, co godne miłowania, zwłaszcza Ten, który jest Miłością. Miłością obejmuje się całą rzeczywistość i gruntowne dobro, które w niej tkwi. Rzeczywistość staje się ze wszech miar godna miłości. W modlitwie otwierają się oczy na miłość i rzeczywistość. Otwierają się bramy miłowania i zmienia przede wszystkim poczucie czasu, jak u małej Teresy: „Mamy zaledwie krótkie chwile naszego życia, aby kochać Jezusa” (List 71). Czas modlącego zagęszcza się obecnością Boga, tężeje Bogiem, wyściela się dla Niego. Czas staje się czymś najdroższym, ponieważ dokonuje się podstawowe odkrycie: już tu i teraz, nie czekając na nic, można żyć dla Boga i Nim się cieszyć. Modlitwa otwiera oczy, by miłować. W jej płomiennych źrenicach dojrzewa pełnia człowieka.
W miłosnej uwadze człowiek dostępuje niezwykłej łaski, najbardziej rozległej formy wolności — przestaje myśleć o sobie, zapatrzony nade wszystko w Boga. Potrafi wydobywać Go z rzeczywistości, tropić Jego ślady, odnajdywać w szczelinach codziennych spraw. Człowiek wodzi wzrokiem za Bogiem, przyciągany i podbijany przez Niego, powodowany pasją bliskości, zamienia siebie w jedną, niecierpliwą, budzącą nocą tęsknotę. Człowiek rozmodlony staje się powrotem stworzenia do Stwórcy.

Poryw serca

Najpełniej żar modlitwy objawia się w płomienności pragnienia. Wywodzi się ono z najczystszego, boskiego, najbardziej stwórczego pragnienia samego Boga, który zapragnął i stworzył człowieka dla siebie. Człowiek je nosi, nim żyje i w nim się porusza — coś najbardziej pierwotnego dla religii, dla modlitwy. Żyjąc, zmierza ku sobie, ku tajemnicy, którą jest Bóg. Sięgając swego początku, sięga jednocześnie Boga, który tkwi u jego początku. Tak modlitwa staje się najszybszym zmierzaniem do owej tajemnicy, ale i wyprowadza człowieka z siebie. Ludzkie pragnienie życia dla Boga od początku jest wspomagane przez Boskie. Wznosi człowieka. Mała Teresa napisze:
Dla mnie modlitwa jest wzniesieniem serca, prostym wejrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i w radości; na koniec jest to coś wielkiego, nadprzyrodzonego, co rozszerza mą duszę i jednoczy mnie z Jezusem (Ms C, f.25r–v).
To nie tylko spontaniczne bicie serca dla Chrystusa, ale głęboka, ludzka potrzeba, która wyraża sens samego bycia.
Karmel jest tradycją, która wyrasta z modlitwy. Może nie tyle z modlitwy, ile z rozmodlenia — żyje, by przemodlić życie. Wznoszenie, a raczej poryw serca, bez konieczności artykułowania tysięcznych próśb, bez przypominania Bogu ciągle o moim zagrożonym istnieniu, znaczy, że nie chodzi o słowa, ale — by iść bezpośrednio w Boga. Modlitwa jest jak porwanie w Boga. Razem z człowiekiem jego sprawy zostają porwane w Boga. Porwany w niebiosa już nie potrzebuje mówić o cierpieniu, ale cierpi razem z Bogiem, już nie potrzebuje mówić o miłości, ale miłuje razem z Bogiem, już nie mówi o swoich potrzebach, ale potrzebuje Boga.
W modlitwie dokonuje się rozszerzenie serca, łaska nowego, głębokiego pojmowania. Jest to niezwykła łaska pogłębienia zdolności do miłowania. Serce jest niemal rozrywane przez nieskończoność Boga. Modlitwa jest umiejętnością przyjmowania Boga prawdziwego, rzeczywistego, trwaniem pomimo bólu boskiego przychodzenia. Spragniony Bóg przychodzi i pragnie, by ogień miłości płonął.

Trawienie miłością

Bł. Elżbieta z Dijon pragnęła modlitwą miłości objąć całe życie:
Budzić się w Miłości, poruszać się w Miłości, zasypiać w Miłości, z duszą w Jego duszy, z sercem w Jego sercu, z oczyma utkwionymi w Jego oczach, aby ten kontakt z Nim mnie oczyszczał i uwalniał od mojej nędzy (List 177).
Modlitwa to życie dojrzewające pod Boskim wejrzeniem. W kontemplacyjnym świetle wszystko obfituje prawdą, objawia ją i dopowiada. Modlitwa wtedy ma naturę ognia — to droga człowieka trawionego miłością. Św. Jan od Krzyża napisał: „wsparty, bez żadnego oparcia; bez światła i w ciemności kroczę, trawiony miłością”. Trawienie miłością znaczy, że modlitwa nie jest środkiem znieczulającym czy terapią wspomagającą dobre samopoczucie, ale swego rodzaju odpowiedzialnością za Boga. Człowiek będący blisko Boga nie może nie kochać Jego boskich zamierzeń, tajemniczych dróg pośród historii. Miłując, poświęca się temu dziełu zbawienia, duchowo angażuje; dzieło to w nim dojrzewa. Serce rozpłomienia się tym samym żarem nieugaszonym, który obejmował ducha umierającego Chrystusa wołaniem „pragnę”. Modlitwa razem z Chrystusem zstępuje do piekieł i razem z Nim zmartwychwstaje. Teresa z Avili pragnęła trwać nawet do skończenia świata w czyśćcu, modląc się o uratowanie przynajmniej niektórych. Elżbieta się modli: „będę gotowa żyć nawet w piekle, aby z piekielnej otchłani bezustannie wznosiła się ku Tobie modlitwa kochającego Cię serca” (Dzienniczek, 24.01.1900).
W świetle takiej modlitwy cierpienie nabiera najbardziej czystego, zbawczego znaczenia. Elżbieta zauważa: „To zaś światło ukazuje mi, że cierpienie, w jakiejkolwiek postaci się pojawia, jest największym dowodem miłości, który Bóg może okazać swemu stworzeniu” (List 315). Karmel poprzez noce ciemne i kontemplację oczyszczenia ujawnił duchowe znaczenie modlitewnego cierpienia. Cierpienie, zdecydowane trwanie przy krzyżu jest modlitwą kenotyczną, modlitwą posłuszeństwa, uniżenia, która najbardziej wywyższa, pozwala zasiadać po prawicy. Tylko w takiej szkole można mówić, jak Elżbieta (Dzienniczek, 17.03.1899), o uroku cierpienia, któremu nic nie może dorównać. To powoduje, że Teresa z Lisieux wybiera wydziedziczenie, wygnanie:
Od dawna już nie należę do siebie, oddałam się całkowicie Jezusowi, który ma teraz pełną swobodę czynienia ze mną tego, co Mu się podoba. On dał mi pociąg do życia w całkowitym wygnaniu, pozwolił poznać wszystkie cierpienia, na jakie bym tam napotkała, pytając mnie, czy chcę wypić ten kielich goryczy do dna (Ms C, 10v).
Jej modlitwa, zwłaszcza pod koniec życia sięga w gęsty mrok ponurego ateizmu, gdy zasiada do stołu z grzesznikami i spożywa gorzki chleb niewiary. Istnieje czas modlitwy gorzkiej jak piołun, gdy nieme słowa zamierają w sercu. Człowiek tak heroicznie bierze cierpienie na siebie, by jak bł. Elżbieta, „pomóc Jezusowi zapomnieć o cierpieniach” (Dzienniczek, 12.02.1899). Rozmodlona miłość nie cofa się przed niczym.

Bóg modlitwy — odpoczynkiem i spotkaniem

Modlitewna miłość, choć czasem przemierza drogi krzyżowe, ostatecznie odnajduje status oblubieńczy. Po przejściu pól bitewnych, czasu oczyszczenia, dotrzeć można do komnat Oblubieńca. Jest ona jak radość poranków wyśnionych. Bł. Elżbieta z Dijon przywołuje taki wymiar modlitwy: „Ona jest odpoczynkiem, wytchnieniem. Po prostu przychodzimy do Tego, którego kochamy, i jak małe dziecko w ramionach matki trwamy przy Nim, pozwalając mówić sercu” (List 123).
Modlitwa jest więzią dusz (bł. Elżbieta, List 20), jest wspólnym życiem w ramionach, pomaga nam zatem głębiej wchodzić w tajemnicę Kościoła. „Dobrze jest modlić się wzajemnie i spotykać się przy Bogu. Tam nie liczy się ani odległość, ani nie ma rozłąki” (List 36). Modlitwa Karmelu nie tylko sięga szczytu ludzkich aspiracji, ale akcentuje wspólne bycie z Bogiem, byciem w Bogu. Ostatecznie to On wszystko ogarnia i zamyka w swej Tajemnicy.
 
§        MARIAN ZAWADA ur. 1958, karmelita bosy, absolwent Akademii Ekonomicznej, doktoryzował się na podstawie pracy Zagadnienie nadziei w doktrynie św. Jana od Krzyża, wykładowca w WSD OO. Karmelitów Bosych i na Karmelitańskim Instytucie Duchowości w Krakowie, pełni funkcję rektora w Kolegium Filozoficznym WSD Karmelitów Bosych w Lublinie, opublikował kilka książek i wiele artykułów, mieszka w Lublinie.
Literatura:
Bł. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, Myśli i słowa, Kraków 1998.
Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Pisma, Kraków 1971, t. 2.
Św. Teresa od Jezusa, Dzieła, Kraków 1987, t. 1–2.
 

III Zaproszenie do przyjaźni. Modlitwa dominikańska.

AUTor: Jan Kulik OP
Dominikanie rzadko przywiązywali wagę do określania kolejnych etapów modlitwy. Mniej ważne, w którym miejscu drogi się znajdujesz, ważniejsze, jak szybko potrafisz chodzić.
Wybierając się na rozmowę z przyjacielem, rzadko ją planujemy. Radość nadchodzącego spotkania, wizja wspólnie spędzanego czasu i wzajemnej bliskości, spontanicznie rodzą tematy i styl rozmowy. Druga osoba, niosąc swoją tajemnicę, jest zawsze przygodą, w którą się zanurzamy, ilekroć gotowi jesteśmy jej posłuchać lub powierzyć nasze przeżycia. Trudno przewidzieć, dokąd nas zaprowadzi wspólna droga, jak potoczy się dialog, których miejsc dotknie. Ważne, by nie bać się niespodziewanego, ale poddając się chwili, wchodzić w nowe wątki i zachwycać krajobrazami, które odsłaniają się przed naszymi oczyma. Istotą drogi, w którą wyruszamy z przyjacielem, nie jest to, jak ona wygląda, ale fakt, że kroczymy obok siebie. W rozmowie nie planujemy metod porozumiewania się, nie określamy języka, którym będziemy się posługiwali, ani nie wyjaśniamy używanych terminów. Raczej staramy się wsłuchać w każdy komunikat, który do nas dociera, w słowa, intonację, z jaką są wypowiadane, gesty, mimikę, ledwo wyczuwalny klimat. Im bliższe sobie osoby, tym delikatniejsze sygnały wychwytują, tym mniej słów potrzebują, by się zrozumieć. Poradniki psychologiczne mówiące o sposobach komunikacji nie są im potrzebne, a wręcz mogą być szkodliwe, bo wielobarwne jak skrzydła motyli chwile komunii preparują w papierowe schematy, zabijając to, co żywe i niepowtarzalne. Przyjaciele wolą nawet zbłądzić, ucząc się siebie nawzajem, a przez wzajemne przebaczenie powracać do pierwotnej miłości, niż przykładać do swojej relacji naukowe miary akademickich prawideł.

Odkrywanie ścieżek

Święty Dominik był człowiekiem wielkiej przygody. Wyruszał na zapomniane od czasów apostolskich ścieżki, odkrywał te, po których nikt wcześniej nie chodził albo których istnienia nawet nie podejrzewał. Marzeniem życia kanonika z Osmy było głoszenie Ewangelii Kumanom, ludowi, którego dziś nie jesteśmy w stanie dokładnie zlokalizować, zamieszkującemu krańce średniowiecznego świata. Bóg powołał jednak założyciela braci kaznodziejów, by przepowiadał słowo Boże na krańcach Kościoła wśród albigensów w południowej Francji. Dominik podjął zaproszenie. Od początku wiedział, że wyrusza w podróż, w której istniejące drogowskazy zaprowadzą go donikąd. Jeżeli chce dotrzeć do serc ludzi zafascynowanych doktrynami manichejczyków, musi zrezygnować ze sprawdzonych wcześniej duszpasterskich metod i dać się prowadzić Duchowi, który tchnie, kędy chce. Dostosował do apostolstwa swoją modlitwę, podporządkowując ją głoszeniu Słowa wcielonego, które zamieszkało między nami.

Contemplata aliis tradere

Dla Dominika było jasne, że nie można głosić Chrystusa, którego się nie zna, namawiać do czegoś, czego się samemu nie posmakowało — modlitwa dominikańska poprzedza dzieło apostolskie, a kaznodziejstwo wypływa z modlitwy. Lapidarnie oddaje to sentencja Contemplata aliis tradere mówiąca o przekazywaniu innym owoców kontemplacji, dzieleniu się z braćmi owocami własnego spotkania z Bogiem. Duchowość dominikańska to nieustanne zapraszanie do przyjaźni z Chrystusem, zwoływanie przyjaciół Oblubieńca. Tylko ten, kto zachwycił się Bogiem, może o Nim mówić. Tylko ten, kto płonie Jego miłością, może rozpalać ją w bliźnich.
W pismach najstarszych dominikanów kontemplacja nie występuje w roli szczytowego osiągnięcia na drodze modlitwy, do którego dochodzi się przez wieloletnią ascezę i oczyszczenie umysłu i serca ze słów i pojęć. Według klasyków myśli dominikańskiej, kontemplacja nie jest doświadczeniem przekraczającym możliwości przyrodzonego rozumu. Pojmowali oni ją raczej jako przedłużenie procesu poznania Boga, którego początek tkwił w całkiem naturalnym, filozoficznym myśleniu. Było dla nich jasne, że ten, kto kocha przyjaciela, pragnie go poznać i zrozumieć; angażuje wszystkie siły i poświęca wiele czasu, by to osiągnąć. „Niekłamaną kontemplacją jest czytanie Biblii i studiowanie prawdziwej mądrości”. Najpopularniejsze obrazy przedstawiają założyciela kaznodziejów nie w momencie wygłaszania kazań, ale z Księgą albo przytulonego do krzyża. Według tradycji, nosił on ze sobą Ewangelie i listy apostolskie, co w jego czasach było praktyką niespotykaną, i czytał je tak często, że znał prawie na pamięć. Ikonografia utrwaliła Dominika jako człowieka zasłuchanego w Boga, który głosił mądrość krzyża, a nie uwodził słowem.

Ku wolności

Trudno byłoby opisać elementy charakteryzujące modlitwę dominikańską. Można co prawda wskazać na ducha przyjaźni i posłuszeństwa oraz otwartość na zaskoczenie przychodzące w nowych wezwaniach, ale będą to jedynie ramy rozmowy z Bogiem. Zakon dominikański przez blisko osiem wieków swojego istnienia nie wykształcił własnej metody modlitwy. Żywe było przekonanie, że
Prawdziwa metoda to modlitwa bezpośrednia i aktywna: rzuć się w nią ze wszystkim, czym jesteś, ciałem i duszą, i daj wszystko, co w tobie najlepsze. Jeśli chcesz się modlić, nie musisz szukać klasycznych, naukowych, sztucznych metod. Modlitwa to spontaniczna, intymna rozmowa z Bogiem we wnętrzu. On nie zwraca uwagi na technikę.
Zapewne dlatego dominikanie rzadko przywiązywali wagę do określania kolejnych etapów modlitwy. Mniej ważne, w którym miejscu drogi się znajdujesz, na którym poziomie życia wewnętrznego trwa twoja modlitwa. Ważniejsze, jak szybko potrafisz chodzić.
Nieprzywiązywanie znaczenia do sposobu modlitwy świadczy o wolności, którą zostali obdarowani chrześcijanie. Święty Dominik nie zostawił swoim braciom ściśle określonych reguł kaznodziejstwa. Jego przesłanie można streścić w słowach: używajcie języka, który będzie najbardziej zrozumiały dla waszych słuchaczy. Analogicznie można sformułować zasadę dotyczącą modlitwy: rozmawiajcie z Bogiem tak, aby wasza miłość rozpalała się coraz bardziej. Czy będzie to modlitwa indywidualna czy liturgiczna, w małych grupkach czy wielkich wspólnotach, w ciszy czy przy dźwiękach instrumentów muzycznych, w milczeniu czy wyrażająca się wielością słów — zawsze niech prowadzi do bliskości Boga. Takie podejście świadczy o tym, że w dziejach kaznodziejów obecne było fundamentalne zaufanie do ludzkiej wolności i dojrzałości.
Przyjmując perspektywę modlitwy jako bezpośredniej rozmowy, trudno mówić o jej stopniach. W dialogach przyjaciół zdarzają się tematy ważne, w których przyjaciele wzajemnie się ubogacają, inspirują, pomagają sobie nazywać to, co ich otacza, wspólnie odkrywają tajemnicę, do której by nie dotarli bez wzajemnej obecności. Bywają też chwile, gdy rozmawiają o rzeczach błahych, żartują, śmieją się, czasem biadolą i narzekają. Zdarza się wreszcie, że milczą razem na wspólny temat zaskoczeni sytuacją, która ich zachwyca lub przerasta. Każda z tych form jest rozmową, dialogiem, spotkaniem. Trudno orzec, która bardziej do siebie zbliża, cementuje więzi, pogłębia relacje. Wzięte razem, scalone przez czas tworzą zażyłość, jedyną i niepowtarzalną więź. Podobnie trudno powiedzieć, która forma modlitwy jest najistotniejsza w budowaniu zażyłości z Bogiem, czy wnikanie w subtelne rozważania biblijne, czy niemy zachwyt nad pięknem Bożego stworzenia, czy największe głębie kontemplacji, czy odmawianie różańca, czy śpiewanie gregorianki w zakonnym chórze, czy modlitwa Jezusowa... Do istoty nie należy też temat rozmowy. Zarówno stawianie Tomaszowego pytania, kim jest Bóg oraz rozważanie go na poziomie wyższej teologii, jak i marudzenie, że znowu mi nie wyszło, mogą w jednakowym stopniu pomóc w przytuleniu się do Bożego serca. Dopiero gama tych modlitw i fakt, że rozmowa będzie trwała nieustannie, sprawi, że przyjaźń będzie wzrastała. O wartości modlitwy nie decyduje bowiem jej czas, technika czy intensywność, ale zamieszkanie Trójcy Świętej w sercu modlącego się.

Z Bogiem i o Bogu

Złudzeniem jest przekonanie, że za pomocą wysiłku duchowego można dojść do takiego stanu umysłu i duszy, jaki pozwoli za każdym razem zatopić się bez reszty w Bogu. Nikt rozsądny nie będzie wymagał od przyjaciela, by ten był zawsze w dobrym nastroju, zawsze jednakowo skory do rozmowy i zaangażowany w sprawy bliskiej osoby. Wśród przyjaciół obowiązuje raczej zasada „Jedni drugich brzemiona noście”. Tym bardziej Bóg w swojej miłości nie oczekuje, by człowiek z równą gorliwością przystępował do modlitwy. Wiedząc o zmęczeniu, cierpieniu czy absorbujących kłopotach swoich dzieci, ucieszy się ich obecnością. Widząc je wypowiadające przed Nim udręki swojego życia, nie będzie wymagał pełnego skupienia na swoich słowach. Czasem jedyna modlitwa, na którą stać człowieka, to wypowiadanie słów pacierza z myślami błąkającymi się po dziesiątkach spraw codziennego zabiegania. Istota różańca w pierwszym okresie jego istnienia była rozumiana jako odmówienie 150 Zdrowaś Maryjo. Medytacja nad poszczególnymi tajemnicami życia Jezusa i Maryi doszła z czasem. Tradycja dominikańska często nie przywiązuje nadmiernej wagi do medytowania wzniosłych treści. Znacznie większy akcent kładzie na wytrwałość i stałość modlitwy. Niech będzie krótka, ale częsta.
W pierwszych wiekach istnienia zakonu nie ma w konstytucjach dominikańskich zapisów o długości modlitw. Pojawiają się one dopiero w XVI wieku i są — jak się wydaje — reakcją na osłabienie ducha modlitwy. Czy jest bowiem rzeczą rozumną wyznaczać ludziom zakochanym w sobie czas, który muszą spędzać ze sobą? Pierwotne Konstytucje zachęcają nowicjuszy, by zawsze coś czytali lub o czymś myśleli, by dniem i nocą starali się żyć w obecności Boga. Święty Dominik — jak chcą jego biografowie — postawę modlitwy nieustannej wyrażał zwyczajem rozmawiania z Bogiem albo o Bogu. Ważniejsze jest nie tyle znalezienie czasu na modlitwę, ile wykorzystanie każdej chwili na spotkanie z Przyjacielem. Nie zawsze można się modlić, mając myśl skupioną na Bogu, ale można to robić możliwie najczęściej, tak by modlitwa spajała wszystkie nasze czynności w jeden hymn uwielbienia. Czy można się znudzić przyjacielem? Święty Tomasz twierdził, że powinniśmy się modlić jak najczęściej, jednak zaprzestać modlitwy, gdy ogarnia nas znudzenie.

Panie, co będzie z grzesznikami?

Czy zatem można przyjąć, że nie jest ważne, jak się modlimy, istotne, byśmy to czynili? Czy nic nie może zaszkodzić naszej modlitwie? Skoro przyjaźń angażuje całego człowieka, największą przeszkodą jest nie forma, nawet nie brak skupienia, ale nieobecność wiary w sercu rozmawiającego. Jeżeli zagości tam brak zaufania, obawa, że rozmówca może wykorzystać słowa przeciwko mówiącemu, nieprzebaczenie dawnych urazów, niewiara w miłość przyjaciela, to pomimo największych wysiłków do spotkania nie dojdzie. Podobnie jest z modlitwą. Tam, gdzie akceptuje się grzech, zło, toleruje swoje wady, lęka się dotknięcia trudnych i bolących miejsc biografii czy ran ludzkiego serca, tam nie dojdzie do prawdziwego porozumienia. Dla czystego serca wspaniała może być modlitwa, która postronnym obserwatorom będzie się wydawać klepaniem pacierzy. Natomiast ktoś, kto nosi w sobie zwątpienie, bunt przeciw Stwórcy, choćby przyjmował pozycję ciała optymalnie sprzyjającą skupieniu, robił wrażenie człowieka zatopionego w siódmym niebie czy wyśpiewywał najcudowniejsze melodie natchnionym głosem, może nie rozeznać czasu swojego nawiedzenia.
W rozumieniu dominikańskim modlitwa sama w sobie nie stanowi najważniejszej cnoty, na którą może zdobyć się człowiek. Powinna być ona raczej zharmonizowana z innymi cnotami. „Najważniejsza jest miłość i ani modlitwa, ani kontemplacja nie może jej zastąpić”. Często ludzie rezygnują z modlitwy albo przychodzi im ona coraz trudniej nie dlatego, że nie potrafią się modlić, ale dlatego, że ich życie nie pozwala spojrzeć w oczy Przyjaciela. Albo będziesz żył według tego, jak wierzysz, albo będziesz wierzył według tego, jak żyjesz. Sprawę komplikuje często fakt, że człowiek potrafi uruchamiać złożone mechanizmy obronne, wypychając ze świadomości swoje zaniedbania, obarczając odpowiedzialnością za nie kogoś innego. Jednak serce nie kłamie. Człowiek wewnętrznie zafałszowany może odczuwać coraz większe trudności w modlitwie. Ich przezwyciężenie nie będzie polegać na większej mobilizacji, znalezieniu właściwej techniki czy lepszego przewodnika duchowego, ale na nawróceniu. Z kolei grzech i słabość, z którymi walczy człowiek, nie będą oddalać od Boga ani psuć modlitwy, jeżeli zostaną wyjawione przed Zbawicielem. Jezus jest sprzymierzeńcem człowieka w zmaganiu ze złem. Wspólna — nawet długotrwała i męcząca — walka z powracającym upadkiem również tworzy bliskość między modlącym się grzesznikiem a Jezusem.
Dominikanie od początku podkreślali wagę życia wspólnego. Będąc wspólnotą grzeszników posłaną do błądzących po bezdrożach, powtarzali za swoim założycielem, który przepełniony współczuciem wołał przez całe noce: „Panie, co będzie z grzesznikami?”. Człowiek nie może być szczęśliwy, gdy jego przyjacielowi zagraża niebezpieczeństwo, dlatego stałym elementem modlitwy braci kaznodziejów jest modlitwa za grzeszników. Jej źródłem jest trwanie w serdecznej bliskości z pełnym miłosierdzia sercem Boga.

Veritas

Nie można w tym kontekście zapominać o umiłowaniu Prawdy, która znalazła wyraz w podkreślaniu intelektualnych dzieł zakonu, a która nie może być pomijana w życiu wewnętrznym, w wysiłku odnajdywania swojej prawdy przed Panem Bogiem. Jeżeli ktoś staje przed Panem nieświadomy swojego zafałszowania, nie zdaje sobie sprawy, że stawia przed Nim spreparowaną ze swoich złudzeń kreaturę, a nie prawdziwego człowieka, grzesznego i potrzebującego Bożego miłosierdzia, to nie powinien się dziwić, że jego modlitwa będzie usychać. Jeżeli ma się dokonać dialog, potrzebne jest spotkanie dwóch prawdziwie istniejących osób. Bóg JEST i dlatego stawia się na spotkanie. On widzi tylko to, co prawdziwe, nie będzie podejmował rozmowy z człowiekiem chowającym swoją prawdziwą twarz za maską pozorów. Człowiek, który nie ma odwagi zobaczyć, nazwać i zaakceptować prawdy o sobie samym, z czasem nabiera przekonania, że to, co o sobie mniema, to prawdziwe „ja”, i dlatego coraz trudniej będzie mu wykrzesać z siebie żarliwą modlitwę.
Na szczęście dominikańskie spojrzenie na świat naznaczone jest optymizmem płynącym z zawierzenia Bogu. Gdy zakon liczył kilkunastu braci, św. Dominik rozesłał ich do europejskich stolic z zadaniem głoszenia Słowa i zakładania klasztorów. Bracia twierdzili, że są jeszcze niegotowi do samodzielnego podjęcia misji. Wtedy usłyszeli, że „ziarno zgromadzone w miejscu gnije, rozrzucone przynosi plon obfity”. Dominik wierzył, że nawet jeśli jego towarzysze są jeszcze niedojrzali, to ukształtuje ich droga i czekające zadania. Dominikanie w podobnym duchu rzucają na głęboką wodę adeptów modlitwy. Są przekonani, że wierny Przyjaciel nie zostawia człowieka w potrzebie. Ten, który jest sprawcą chcenia i działania, obdarowuje Duchem Prawdy pomagającym się wyplątać z wszelkich zniewoleń i zafałszowań. Na ziemi nikt nie będzie doskonale wolny, nikt nie pozna całej prawdy, ale zawsze może wyruszyć w drogę do celu, może zacząć się modlić.
* * *
W ikonografii dominikańskiej często spotykamy psa z płonącą pochodnią w pysku biegnącego zapalać świat światłem rozpraszającym ciemności i obojętność grzechu. Źródłem tego światła jest żar modlitewnej przyjaźni z Bogiem.
 
§        JAN KULIK ur. 1966, dominikanin, w latach 2000–2001 wychowawca nowicjuszy dominikańskich, prokurator konwentu poznańskiego, mieszka w Poznaniu.
 IV. Stąpać twardo po ziemi. Duchowość jezuicka.
 Jarosław Kuffel SJ 
Droga, którą przebył Ignacy z Loyoli w poszukiwaniu i odnajdywaniu Boga, jest ciągłą inspiracją dla jezuitów i bogactwem złożonym w skarbnicy Kościoła. Pozostawił dwa wyraźne znaki, dwie niewielkie książeczki: Ćwiczenia duchowneKonstytucje Towarzystwa Jezusowego. Pochodząc z wewnętrznego doświadczenia Ignacego, pomagają one odkrywać Boga w życiu.

Z obfitości serca mówią jego usta

Święty Ignacy z Loyoli, decydując się z pierwszymi towarzyszami na wspólne życie, opowiada się przeciwko praktykowaniu modlitwy chórowej. Łączy ich bliskość Jezusa i misja, do której zostają posłani. Rozeznają ją jednak na modlitwie indywidualnej. Dla świętego Ignacego najważniejszy jest rys apostolski. Modlitwa jest narzędziem, które ma wspomagać i sycić, aby
we wszystkim szukać Boga, uwalniając się w miarę możliwości od miłości wszelkich stworzeń, tak by całą miłość przenieść na ich Stwórcę, Jego miłując we wszystkich stworzeniach, a wszystkie stworzenia w Nim według najświętszej i Boskiej Jego woli 1
Doświadczenie modlitewnego spotkania z Bogiem ma być pomocą w odkrywaniu Go pośród codziennego zaangażowania. Wskazuje jednocześnie sposoby, które mają wspomagać nasze poszukiwanie i realizowanie woli Bożej. Należy do nich rachunek sumienia. Jest to modlitwa życia. Pozwala w blasku Bożej łaski oglądać codzienność, wszystkie dary przeżytego dnia oraz własne postępowanie. Rachunek sumienia, który proponuje święty Ignacy, nie ogranicza się tylko do przeglądu swoich grzechów czy zaniedbań, ale jest rewizją dnia.
Ćwiczenia duchowne nie są traktatem ascetycznym, lecz przewodnikiem na drodze rekolekcyjnej. Święty Ignacy pisze:
Pod mianem Ćwiczeń duchownych rozumie się wszelki sposób odprawiania rachunku sumienia, rozmyślania, kontemplacji, modlitwy ustnej i myślnej i inne działania duchowne (...). Albowiem jak przechadzka, marsz i bieg są ćwiczeniami cielesnymi, tak podobnie ćwiczeniami duchownymi nazywa się wszelkie sposoby przygotowania i usposobienia duszy do usunięcia wszystkich uczuć nieuporządkowanych, a po ich usunięciu — do szukania i znalezienia woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy 2
Droga ćwiczeń jest propozycją drogi duchowej, która wiedzie przez umowne cztery tygodnie, wspomaga nasze doświadczenia wewnętrzne, aby je oczyścić i uporządkować. Pragnienie pogłębienia relacji z Bogiem, przeniesienia doświadczeń i objawianych przez Niego wartości do życia codziennego, jest inspiracją, która zaprasza na pustynię rekolekcyjną.
Święty Ignacy proponuje, aby modlitwa integrowała wszystkie wymiary człowieka, obejmowała zarówno ciało, jak i ducha. Zwraca uwagę, aby „wszystkie moje zamiary, decyzje i czyny były skierowane w sposób czysty do służby i chwały Jego Boskiego Majestatu” 3 Człowiek w każdym aspekcie swojego życia powinien dążyć do spotkania z Bogiem, aby w codzienności móc Mu służyć.

Dokąd wiedzie ta droga?

Święty Ignacy z Loyoli sam doświadczył obecności Boga. Nie było to doświadczenie jednorazowe, które przeorientowało jego życie. Przeżył chwile mistycznego spotkania z Bogiem, jednakże był osobą stale poszukującą możliwości wypełnienia Jego woli. Był to proces poszukiwania i znajdowania woli Pana Boga, dokonujący się w sposób szczególny podczas modlitwy.
Nasza codzienność jest nacechowana pośpiechem, skutecznością i wydajnością. Tracimy zdolność przypatrywania się i analizy nie tylko zjawisk fizycznych, doświadczeń świata materialnego, ale również przyglądania się znakom codziennej obecności Boga. Ignacy pragnie uczyć wrażliwości na znaki Boże. Rozeznawanie duchowe to kolejny wielki dar, który przyjął i którym pragnął dzielić się z innymi. Pragnie on uczyć otwartości, wrażliwości duchowej, działania przesiąkniętego kontemplacją Boga, aby pośród codziennej krzątaniny nie tylko dzielić życie na czas spotkania z Bogiem i czas obowiązków, ale czynić z tych dwóch obszarów jedną przestrzeń Bożego działania i osobistej odpowiedzi.
Według świętego Ignacego modlitwa jest czasem spotkania, a jednocześnie refleksji. Medytacja tekstu biblijnego (księga Słowa Bożego) jest konfrontowana z życiem i jego doświadczeniami (księga życia). Ważnym elementem modlitwy ignacjańskiej jest zarówno przygotowanie do medytacji, jak i intymna rozmowa z Bogiem kończąca to medytacyjne spotkanie. „Należy odbyć je tak, jakby przyjaciel mówił do przyjaciela” 4 Ignacy proponuje narzędzie, które każdy indywidualnie dopasowuje do swojej osoby, aby jak najpełniej otworzyć się na łaskę Przewodnika i Nauczyciela Modlitwy — Ducha Świętego.

Promieniować Jego miłością

Spotkanie z Bogiem na modlitwie wiedzie ku przeobrażeniu serca i postawy człowieczej wyrażającej się w pełni miłości Boga. Nie ma to być miłość egzaltowana, ale zakorzeniona w życiu i postępowaniu. Ignacy uważa, że „człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją” 5
Modlitwa ma zawsze wymiar misyjny, apostolski. Jest czasem spotkania, który uczy miłości służebnej i roztropnej. Dzięki spotkaniu na modlitwie, postawa w pracy, w domu, na uczelni, ma coraz bardziej się przeobrażać. Ćwiczenia duchowne mają być instrumentem, który pomoże przezwyciężyć samego siebie i porządkować życie. Jak pokazuje doświadczenie pięciu stuleci, jest to narzędzie uczące nie tylko spotykać się z Bogiem, ale także promieniować Jego miłością. Nie bez przyczyny Ojciec Święty w 1982 roku przypomniał rolę tej drogi i jej znaczenie.
Szczególnie skutecznym środkiem dla pełnej odnowy życia duchowego okazały się Ćwiczenia duchowne św. Ignacego, które pozostawiły niezatarty ślad w historii duchowości. Na Ćwiczeniach ukształtowali się pierwsi jezuici i ich następcy, którzy, mając w ręku Ćwiczenia, stali się duchowymi przewodnikami niezliczonej rzeszy wiernych. Pomagali im odkrywać ich powołanie zgodnie z planem Bożym i stawać się bez względu na stan życia prawdziwymi chrześcijanami świadomymi obowiązków 6
Pozostaje tylko i aż moja odpowiedź na zaproszenie, gdyż modlitewny szlak spotkania z Bogiem, który przetarł święty Ignacy z Loyoli, jest drogą dla każdego, kto pragnie kochać i służyć Bogu we wszystkim.
 
§        JAROSŁAW KUFFEL ur. 1969, jezuita, historyk Kościoła, kierownik duchowy, rekolekcjonista w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni.
1 Konstytucje Towarzystwa Jezusowego, nr 288. 2 Ćwiczenia duchowne, nr 1. 3 Ibidem, nr 46. 4 Ibidem, nr 54. 5 Ibidem, nr 21. 6 Fragment z przemówienia Jana Pawła II do prowincjałów Towarzystw Jezusowego, 27 lutego 1982 roku.

powróć »

Opracowanie – PREKURSOR