o kontaktfitnessielekturysłowniczekprzewodnik po rekolekcjachświadectwa o rekolekcjachpodstawowe informacje o rekolekcjachkontaktFitness Duchowy - Jak gimnastykować duszę?Poleć znajomymnDodaj do ulubionych
Znani i lubiani o spotkaniu z Bogiem:
››

Lektury


Chcieć więcej

Remigiusz Recław SJ


Jeśli Boga nie ma, wreszcie się o tym przekonasz. Jeśli jest – doświadczysz Jego obecności ponad wszelką wątpliwość. Tylko daj Mu szansę! Twoje chrześcijaństwo zacznie oddychać.

Ludzie dziś nie chcą być byle jacy. Dobrze wiemy, że do wszelkich sukcesów dochodzi się przez pracę. Zawsze wiąże się to z poświęceniem czasu na pogłębianie i wiedzy, i doświadczenia. Dlatego gotowi jesteśmy oddać weekend albo część wakacji, byle tylko skorzystać ze szkoleń, lektur, wykładów. Angażujemy wszystkie nasze możliwości, byle osiągnąć cel.
Nie wiadomo dlaczego za równie oczywiste wiele osób uważa przekonanie, że są sfery życia, w których ten mechanizm nie obowiązuje. Do nich zaliczają relacje z Bogiem, świadome życie wyznawaną wiarą, szczęśliwą rodzinę, dobrą komunikację z dziećmi i współmałżonkiem. Co ciekawe, także sami chrześcijanie uważają, że to co w życiu najtrudniejsze – relacja z Bogiem i dobra rodzina – przychodzi bez trudu. Konsekwencją jest niespełnienie zarówno w relacjach w rodzinie, jak i w relacji z Bogiem.

Coś więcej
Niektórzy korzystają z kursów i szkoleń dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys w ich pracy, grozi im utrata zatrudnienia albo zmieniają się przepisy i szkolenie jest niezbędne. Ale są i tacy, którzy nie czekając na kryzys, uczestniczą w nich, aby się rozwijać. W odniesieniu do życia duchowego można dostrzec podobne postawy. Jedni wybiorą się na rekolekcje dla małżeństw, kiedy już prawie podjęli decyzję o rozstaniu. Ale w tych samych rekolekcjach uczestniczą ci, którzy są szczęśliwą rodziną i chcą się nadal rozwijać. Można spotkać na nich ludzi mających problemy z modlitwą i z wiarą, ale także osoby, których życie duchowe jest bardzo żywe.
Na pewno wyjazd na rekolekcje jest „czymś więcej”. Tyle że owo „więcej”, paradoksalnie, stanowi o naszym życiu. Jeśli nam na czymś zależy, podejmujemy wszelkie wysiłki, aby to rozwijać i pielęgnować. Zakochani robią wszystko, aby mieć czas dla siebie, często razem wychodzić, wyjechać na wspólną wyprawę. Co chwilę podejmują „coś więcej”, bo to ich rozwija, pogłębia wzajemną znajomość i sprawia, że lepiej się rozumieją – a na tych sprawach w danym momencie zależy im najbardziej.
Pojawia się zatem pytanie, czy chrześcijanom w Polsce zależy na poznaniu Boga i na posiadaniu rodziny, w której naprawdę obecny jest Chrystus. Czy zależy mi na tym co w życiu człowieka wierzącego najważniejsze?
Na szczęście w Kościele polskim od kilku lat zauważa się coraz większe zainteresowanie wszelkiego rodzaju sesjami i rekolekcjami mającymi na celu pogłębianie wiary. Na szczęście również Kościół na to zainteresowanie odpowiada. Coraz częściej chrześcijanie, nawet ci słabo wierzący, chcą spróbować przygody z Panem Bogiem. Dziś ludzi męczy bycie byle jakim, zwłaszcza jeśli chodzi o wiarę. Chodzący do kościoła w każdą niedzielę często zadają sobie bardzo logiczne pytania, z których jasno wynika, że coś w ich wierze jest nie tak: że albo jestem oszukiwany przez Kościół, albo po prostu nie znam Boga, choć wydaje mi się, że Go znam.

Bez reklamacji
Wielokrotnie zachęcałem w szkołach młodzież do wyjazdu na rekolekcje w milczeniu. Przekonywał ich zwykle jeden argument: Nie doświadczasz Boga? To daj mu szansę. Jeśli Bóg istnieje, to znaczy, że można go naprawdę doświadczyć. A jeśli nie istnieje, to czas się w końcu o tym przekonać. Odpowiednie rekolekcje wyjazdowe są dobrym momentem, aby zawrzeć z Bogiem pewnego rodzaju umowę, np. „Jestem katolikiem, ale nie czuję ani nie rozumiem tej wiary. Wydaje mi się sztuczna. Daję Ci, Boże, szansę. Pojadę na rekolekcje i pokaż mi, że Ty jesteś Bogiem żywym, a nie martwym. Bo szczerze mówiąc, dzisiaj takim Cię widzę – Bogiem, który nie ma wpływu na moje życie”. Taka umowa może dotyczyć także sytuacji rodzinnej, np. „Boże, zgubiliśmy Ciebie w naszej relacji małżeńskiej, chyba też zgubiliśmy siebie wzajemnie, bo się coraz słabiej znamy i mniej rozmawiamy. Pojedziemy razem na rekolekcje, aby spotkać się z Tobą i ze sobą”.

Patrzeć, aby zobaczyć
Ponieważ sam wiem, że Boga można doświadczyć, śmiało mogę powiedzieć: – Nie doświadczasz Boga? Daj mu szansę. Przecież to Bogu zależy dużo bardziej niż nam, abyśmy Go poznali. Jego celem nie jest to, by się przed nami ukrywać. On robi wszystko, abyśmy Go poznali. Bóg nam się objawia! Lecz nie robi tego na skrzydłach aniołów ani z piorunami i burzami, jak chcieliby niektórzy. Nie niszczy zła i nie razi prądem tych, którzy kradną lub zabijają. Można Go rozpoznać, gdy się wejdzie do szopki betlejemskiej lub gdy się stanie pod krzyżem. Bóg się objawił światu jako wcielony i dlatego tu, na ziemi, należy szukać Boga wcielonego. Nie jakiegoś dalekiego, nie potęgi świata. Bóg nie objawił się światu w taki sposób, choć wielu ludzi tego by chciało! On jest obok nas. Jest Bogiem wcielonym. Problem w tym, że żyjemy tak szybko, iż nie potrafimy Go dostrzec. Przechodzimy obok, ale Go nie poznajemy. A zatem celem wszelkiego rodzaju rekolekcji, warsztatów i sesji duchowych jest, abyśmy Boga rozpoznali. W pewnym momencie pojawia się myśl: „No tak, to przecież był On!” i od tego momentu nasze chrześcijaństwo zaczyna oddychać. Nabiera takich rumieńców, że naprawdę aż chce się być chrześcijaninem. Zaczynamy być dumni, że należymy do Jezusa. Po prostu odkryliśmy, że Bóg naprawdę istnieje.

Ryzyko opłacalne
Nieraz dostrzegam u chrześcijan lęk przed zaangażowaniem się na serio w relację z Bogiem. Myślimy, że gdy zaangażujemy się za bardzo, Bóg nam coś zabierze, zwłaszcza wolność, którą tak bardzo sobie cenimy. Boimy się też tego, że staniemy się dewotami. Młodzież boi się, że będzie musiała słuchać Radia Maryja albo że Bóg ją zmusi do pójścia do zakonu. Z tego powodu wielu woli trzymać się z daleka od wszelkiego rodzaju „czegoś więcej” z Panem Bogiem. Czują się wtedy bezpieczniej. Taka postawa byłaby jak najbardziej uzasadniona, jeśli wolą Boga byłoby naprawdę coś nam zabrać i nas ograniczyć. Tymczasem znając trochę Pismo Święte i sposób działania Boga, wiem, że tak nie jest. Bardzo lubię fragment z Ewangelii, gdy Jezus rozmnażał chleb (Mt 14, 13–21). Mógł to zrobić sam, tak po prostu. Ale tego nie zrobił. Kiedy się dowiedział, że uczniowie mają pięć chlebów i dwie ryby, poprosił, aby mu to wszystko przynieśli. Oni przynieśli wszystko, co mieli, i oddali mu wszystko, ryzykując, że tego wieczora nic nie zjedzą. Okazało się, że się najedli do syta nie tylko oni sami, lecz także nakarmili pięciotysięczny tłum. Oddając Bogu wszystko, czyli naprawdę ryzykując – zyskujemy dużo więcej.

Na sto procent
Dzisiejsi chrześcijanie zachowują się trochę inaczej niż uczniowie Jezusa. Bardzo często oddajemy Jezusowi dwa chleby z pięciu posiadanych. Niektórzy nawet oddadzą cztery albo cztery i pół. Ale zawsze coś trzeba sobie zostawić. Bo gdyby przypadkiem Jezusowi nie udało się rozmnożyć tych chlebów, to będę zabezpieczony, coś mi jeszcze zostanie. Otóż Jezus nie rozmnoży naszych chlebów, jeśli nie oddamy Mu wszystkiego: niezależnie od tego, czy oddasz mu tylko jeden bochenek, czy cztery i pół. Nie będziesz świadkiem cudu i nie najesz się do syta. Ani ty, ani twoje otoczenie. Można powiedzieć, że ci, którzy oddają Bogu tylko jeden bochenek, są sprytni, bo więcej im zostaje. Oni też mniej mają powodów do narzekania na Boga. Jednak dopóki nie oddasz Bogu wszystkiego, twoje chrześcijaństwo będzie zawsze w jakiś sposób stratą! A zatem będzie odbierało ci radość. Zresztą nie tylko Tobie – otoczenie nie tylko to zauważy, lecz także odpowiednio skomentuje.
Bóg nie jest stratą i nic nam nie zabiera. Jednak we współpracy zNim trzeba Mu oddać sto procent. Tylko wówczas otrzymamy coś nieprawdopodobnego. Wszystko za wszystko. Moje ludzkie wszystko za Jego boskie wszystko. Dając Bogu tylko „trochę”, otrzymam w zamian „nic”. To dlatego Apokalipsa mówi, że mamy być gorący, albo zimni (Ap 3,15–16). Takie postawy mają sens, bo albo liczę całkowicie na siebie i pomijam Boga (jestem zimny), albo powierzam się Bogu i wierzę, że oddając Mu wszystko, otrzymam nieskończenie więcej – zdobędę świat i wygram życie (jestem gorący). Postawy pośrednie są nielogiczne. Oszukujemy w nich siebie i Boga.

Gotowi na wszystko
Celem różnych szkoleń duchowych jest to, abyśmy oddali Bogu w całości nasze życie. Abyśmy oddali Mu naszą przeszłość i przyszłość, naszą rodzinę i nas samych. Wymagania wydają się szalone, ale w rzeczywistości to, co otrzymujemy w zamian, też jest szalone.
Co możesz stracić przez to, że zdecydujesz się na rekolekcje wyjazdowe? Chyba jedynie to, że zaczniesz szanować żonę i kochać ją codziennie na nowo i codziennie najmocniej na świecie. Ryzykujesz, że zaczniesz przebaczać i uśmiechać się do tych, którzy byli twoimi wrogami. Ryzykujesz też to, że twoje dzieci będą ważniejsze od pracy zarobkowej. Ryzykujesz, że będziesz mniej oglądał telewizję. A młody człowiek ryzykuje, że nie będzie chciał brać narkotyków ani się upijać, nie będzie grał całymi dniami na komputerze ani chodził do dyskoteki kilka razy w tygodniu, żeby zabić czas. A! Rodzice ryzykują jeszcze to, że ich pociechy będą ich słuchać i że nie będą musiały ich okłamywać.
Jak widać, ryzyko wyjazdu na szkolenie duchowe jest bardzo duże! Może się okazać, że po powrocie będziemy normalnymi chrześcijanami kierującymi się miłością i przebaczeniem, zwłaszcza wobec najbliższych. Bóg przestanie być odległy i niezrozumiały, Jezus nie będzie już tylko historią, Ewangelia – martwą literą, a Kościół – organizacją z kiepską dyplomacją. Ryzyko jest duże, bo dla wielu osób „stać się normalnym chrześcijaninem” oznacza zmienić sposób myślenia. Nieraz nawet zmienić tożsamość albo lepiej – zrozumieć własną tożsamość, polegającą na tym, że należę do Jezusa, bo jestem chrześcijaninem. Wówczas zrozumiemy, że największym prezentem, jaki w życiu otrzymaliśmy, jest to, że jesteśmy ochrzczeni. Dlatego ja datę chrztu mam wypisaną w sercu. To moje święto! Święto mojego życia!

Weź Jezusa na bok
Niektórzy być może się zastanawiają, dlaczego w ostatnim czasie nastąpiła taka eksplozja rekolekcji i szkoleń duchowych. Ta publikacja pokazuje, że jest ich zawrotnie dużo. Otóż Kościół coraz dokładniej przygląda się temu, w jaki sposób Jezus formował swoich uczniów. To po soborze mamy w Kościele tzw. powrót do źródeł, a zatem na nowo wczytujemy się w Pismo Święte, a także przypatrujemy się życiu Jezusa i pierwszych wspólnot w Kościele. I właśnie Ewangelie wyraźnie pokazują, że Jezus, gdy chciał czegoś  nauczyć swoich uczniów, brał ich na bok. Najlepszy nauczyciel, jakim jest Jezus, ma taką zasadę, że bierze swoich uczniów na bok i tam wyjaśnia im wiele trudnych spraw. Podobnie uczniowie, jeśli czegoś nie rozumieli, to brali Jezusa na bok i dopiero na osobności dopytywali o wszystko. Kiedy mieli trudności z modlitwą, to na osobności prosili Jezusa: „Panie, naucz nas się modlić” (Łk 11,1). A On ich zawsze wysłuchiwał i wysłuchuje nadal. Tylko że dzisiejsi uczniowie mają trudności, by się spotkać z Jezusem na osobności. Czas nie pozwala nam, by wziąć Jezusa na bok. W konsekwencji problemy pozostają niewyjaśnione. Z czasem doprowadzają nawet do jakiegoś kryzysu albo tragedii.
Jeśli chcemy zrozumieć to, co w naszym życiu i w naszej wierze jest dla nas niezrozumiałe, to należy zaprosić Jezusa na bok i zadać Mu konkretne pytania. Gama tematyczna różnych rekolekcji i szkoleń duchowych jest ogromna. Wystarczy dotrzeć do interesującego nas zagadnienia i wybrać się z Jezusem we wspaniałą przygodę, która zakończy się odkryciem Boga, który jest.


powróć »

Opracowanie – PREKURSOR